Przed 70 laty – pod koniec czerwca i w lipcu 1941 r. – w sowieckich więzieniach na okupowanych polskich Kresach doszło do zbrodni, o jakich świat przedtem nie słyszał. I do prawdziwych „marszów śmierci”. Te sowieckie zbrodnie na niewinnych Polakach są nazywane przez historyków „Katyniem – bis”.
22 czerwca 1941r., Niemcy uderzyły na Związek Sowiecki, przejmując natychmiast inicjatywę na całej długości frontu. Żaden z ich wcześniejszych „blizkriegów” nie był tak efektowny jak marsz przez Związek Sowiecki w pierwszych tygodniach tej kampanii. Znacznie szybszy niż przez Polskę w roku 1939.
Wycofujący się w popłochu Sowieci zdążyli przedtem wymordować więźniów politycznych z licznych więzień na terenie Wileńszczyzny, „zachodniej Białorusi” i „zachodniej Ukrainy”, czyli z polskich Kresów.
Część z nich zamordowano na miejscu w celach (wrzucanie granatów, spalenie żywcem, zamurowywanie żywych i martwych) lub na dziedzińcach więziennych (zbiorowe rozstrzeliwanie zagłuszane warkotem silników samochodowych) albo w piwnicach więziennych „techniką katyńską” – kulą w tył głowy.
Pozostałych podczas próby „ewakuacji”, w „marszach śmierci” (rozstrzeliwania masowe, strzelanie lub przebijanie bagnetem wszystkich, którzy szli nierówno lub nie nadążali na skutek ran i wycieńczenia).
W więzieniach sowieckiej strefy okupacyjnej przebywało ok. 40 tysięcy więźniów (…), z czego zamordowano ok. 35 tysięcy.
W ostatnim tygodniu czerwca 1941 funkcjonariusze sowieckiego NKWD zamordowali w więzieniach 14,7 tysiąca więźniów, ponad 20 tysięcy zginęło podczas marszów śmierci (…). Ocenia się, że łączna liczba polskich ofiar sowieckich egzekucji w 1941 i niemieckiego ataku na Związek Sowiecki mogła sięgać 80 tysięcy osób” – pisze w swej najnowszej książce „Zatajony Katyń 1941” dr Tadeusz A. Kisielewski.
Przypomnijmy, że w wyniku zbrodni katyńskiej rok wcześniej zginęło 21 857 polskich oficerów i więźniów politycznych. Teraz było ich prawie cztery razy więcej. Katyń to symbol. Ale trzeba też pamiętać o tym kolejnym Katyniu, jeszcze bardziej krwawym i okrutnym. Doktor Kisielewski przypomina sowieckie „marsze śmierci”, ale odnosi tytuł swojej książki przede wszystkim do zupełnie niewyjaśnionych, zbiorowych mordów na polskich jeńcach wojennych (oficerach i żołnierzach), wykorzystywanych do niewolniczej pracy w Sowietach, „likwidowanych” wobec braku możliwości ich ewakuowania w warunkach niemieckiego „blitzkriegu”. Stąd określenie „Katyń 1941”. Wielu pracowało zresztą i zostało zamordowanych w licznych obozach pracy pod Smoleńskiem, w masywie leśnym, na zachód od miasta. Do dziś leżą oni w nie oznaczonych grobach.
Nie doczekamy nigdy gruntownych opracowań tych ohydnych zbrodni sprzed 70 lat bez pełnego dostępu do posowieckich dokumentów, które znajdują się w Rosji.
Niestety, demonstrowana aktualnie „nowa polityka historyczna” w Rosji nie daje nadziei na taki dostęp.
Równie ważna jest jednak pamięć ludzi. I nasza pamięć, nasz szacunek dla tych, co w tak przerażających okolicznościach rozstawali się z życiem.
